Wróć na stronę główną

Skontaktuj się ze mną...


Nieco o mnie

Hieronim KowalskiNazywam sie Hieronim Kowalski, od 25 lat mieszkam w Zabrzu. Pochodzę z Malczyc - małej miejscowości na Dolnym Śląsku. Miejscowość jest mała , ale codziennie o niej mówią w radio podając stan wody na Odrze.
W młodości tenisem interesowałem się tak jak każdą inna dyscypliną sportową. Niewiele o nim wiedziałem. W tamtym okresie największe tryumfy spośród polskich tenisistów odnosił Wojciech Fibak. Byłem dumny z jego osiągnięć w grze deblowej w parze z Tomem Okkerem czy Karlem Meilerem /wiele wygranych turniejów/. Fibak wspiął się także na wyżyny w grze pojedynczej. Jego mecz w finale z Manuelem Orantesem o ówczesne mistrzostwo świata w 1976 /odpowiednik dzisiejszego Masters/ był pierwszą transmisją z meczu tenisowego jaką oglądnąłem w telewizji. Fibaka dzieliły od zwycięstwa dwie piłki.
Dzisiaj podobną pozycję w światowym tenisie ma Agnieszka Radwańska. Próbuje jej dorównać Jerzy Janowicz. Mamy także Łukasza Kubota no i nasz eksportowy debel Matkowski/Fyrstenberg.
Wracając do meczu z Fibaka z Orantesem to do dziś trudno mi pojąć jak mało wówczas wiedziałem o tenisie. Przez cały mecz nie zorientowałem się, że gracze serwują na przemian raz z lewej raz z prawej strony. Nie było wtedy "wynalazku" pod nazwą tie break. Żeby wygrać seta trzeba było pokonać przeciwnika różnicą minimum 2 gemów.


Po rakietę sięgnąłem po raz pierwszy mając 35 lat. Trochę zadecydował przypadek. Na przeciw mojego domu w Zabrzu Mikulczycach był kort tenisowy . Kort był szkolny, ale niewiele osób spośród młodzieży z pobliskiego internatu było zainteresowanych grą. Kort utrzymywany był ze składek. Grali na nim nauczyciele oraz inni zapaleńcy. Przez wiele lat lubiłem przebywać jako widz na tym obiekcie. Imponowała mi atmosfera jaka towarzyszyła meczom. I bądźmy sprawiedliwi nie zawsze gra była dżentelmeńska. W końcu któregoś razu zapytano mnie a dlaczego ja nie gram w tenisa? I tak się zaczęła moja przygoda z tenisem, która trwa do dziś.
Jak większość graczy w moim wieku jestem samoukiem tenisowym. Na wspomnianym korcie stawiałem pierwsze kroki. Na początku trzeba było niemalże walczyć o prawo gry. Pierwszeństwo mieli starzy wyjadacze z Janem Gwoździem na czele. Tylko dzięki jego determinacji ten kort istniał gdyż jako jedyny gospodarzył na nim i dbał.
Na korcie linie rysowaliśmy za pomocą wózka z wapnem. Z tego okresu pochodzi anegdota według której Hieronim czyli ja pojawiał się na korcie jak tylko ze swojego domu usłyszał terkot maszyny do linii. Czyli przychodził na gotowe. Nie była to prawda. Koledzy może trochę zazdrościli mi, że mieszkam tak blisko kortu.
Z czasem było nas coraz mniej. Młodzi nie garnęli się do gry. W końcu utraciliśmy kort, gdyż grunt zmienił właściciela a ten miał inne plany. Po prostu go zaorał. Zostały wspomnienia.

c.d.n.


|